kazania

Krzyż – źródło uzdrawiających sakramentów

Kazanie na  Święto Podwyższenia Krzyża

Dzisiaj przeżywamy niezwykły dzień – odpust w waszej parafii z okazji Święto Podwyższenia Krzyża Świętego. Święto to zawdzięczamy św. Helenie, żonie pogańskiego cesarza Konstantyna Chlorusa i matce innego cesarza: Konstantyna Wielkiego. Ta gorliwa chrześcijanka odnalazła w Jerozolimie 13 września około 320-330 roku relikwie krzyża, a potem wybudował tam bazylikę (w 335 r), w miejscu jego odnalezienie. I od tamtych wydarzeń mamy to święto.

To ciekawe, że przedmiotem czci stał się kawałek drewna, choć wiadomo, że stokroć ważniejsza była OSOBA, która na tym krzyżu zginęła! To nie krzyż uświęcił Jezusa, lecz Jezus uświęcił to narzędzie zbrodni! Krzyż – dawne narzędzie tortur i jednocześnie najhaniebniejszy sposób zadawania śmierci stał się – za sprawą Jezusa Chrystusa – przedmiotem i symbolem zbawienia. W ten sposób połączyły się w nim dwie niezwykłe rzeczywistości. Z jednej strony podziwiamy go, czcimy, umieszczamy na ścianach domów i kościołów, wieszamy złote lub srebrne krzyże na szyi, ale z drugiej strony nadal niesie on w sobie wspomnienie o cierpieniu, o bólu, o śmierci i o wszelkiego rodzaju ludzkiej niedoli jaka dosięga nas na tym łez padole.  

Każdy ciężar, ból, doświadczenie dla nas trudne, a nawet stres my – uczniowie Chrystusa – nazywamy krzyżem. A więc: nieuleczalna choroba to krzyż, mąż alkoholik to krzyż, żona plotkara to krzyż, dzieci nieposłuszne to krzyż, uciążliwy szef w pracy to krzyż, leniwi pracownicy to krzyż, bieda, ubóstwo to krzyż, ale i nadmiar pieniędzy ściąga na człowieka krzyż. Wszystko to nazywamy krzyżem. Na domiar złego Jezus, który właśnie na krzyżu skonał, tuż przed swą śmiercią zachęcał nas, a nawet nakazywał, byśmy ochoczo dźwigali te swoje krzyże: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje! Bo kto chce zachować swoje życie – czyli uciec od krzyża – , straci je; a kto straci swe życie – pozostanie na swym krzyżu – z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je. (por. Mk 8,34n).

Jak więc zrozumieć: dlaczego Jezusowi tak bardzo zależało byśmy nie uciekali od krzyża? Co takiego jest niezwykłego w krzyżu, że Zbawiciel zachęca do dźwigania go? Dlaczego krzyż, który wydaje się taki okropny, ciężki, nieznośny, przerażający jest jednocześnie… zbawienny?  Na pytanie te może nieco pomoże nam odpowiedzieć dzisiejsze Słowo Boże.

Pierwsze czytanie – choć opisuje wydarzenia z czasów zamierzchłych, gdy Izraelici wychodzili z Egiptu – znakomicie odnosi się właśnie do życia każdego z nas. Żydzi wychodzą z domu niewoli, z Egiptu i zaczynają ciężką tułaczkę po pustyni. Doświadczają głodu, pragnienia, zaczynają więc szemrać, narzekać, szukać winnych swego położenia, oskarżać Mojżesza i Boga za to, że ich z Egiptu wyciągnęli. Idą nawet tak daleko, że idealizują tę swoją egipską niewolę: nie pamiętają, że byli wtedy niewolnikami tylko fantazjują jak to w Egipcie było dobrze, ile mieli jedzenia pod dostatkiem… (Pamiętacie hasła: „komuno wróć…?” Na ale tak to jest, że człowiek rozgoryczony stanem obecnym zaczyna idealizować swoja przeszłość…).

I wtedy Bóg – za tę niewdzięczność i brak pamięci – doświadcza ich jeszcze bardziej: zsyła na nich węże, które powodują ich konanie w męczarniach. Wszystko to ma znaczenie wychowawcze i oni tę lekcję świetnie zrozumieli! Dlatego w pokorze, ze zgiętymi karkami przychodzą do Mojżesza i mówią: „Zgrzeszyliśmy, szemrząc przeciw Panu i przeciwko tobie. Wstaw się za nami do Pana, aby oddalił od nas węże”. I Mojżesz to czyni według sposobu jaki słyszeliśmy.

Można by Bogu zadać tu pytanie: Panie Boże, co Ty robisz? Ty któremu tak zależy aby Izraelici czcili jednego jedynego Boga – Ciebie, który tak długo walczyłeś z ich cielcami, bożkami, stellami, wszystkimi pogańskimi kultami, nagle każesz im robić węża z miedzi? Nie dawno kazałeś im pić wodę, w której utopiłeś popiół z cielca jaki sobie zrobili, a tu nagle każesz im robi „nowego bożka” już nie złota, lecz miedzi?! Co ty robisz Boże!? Nie boisz się, że oni uwierzą, że to ten miedziany wąż ich ocala, a nie Ty, i że zaczną czcić węża, a nie Ciebie? 

A jednak Bóg podejmuje to ryzyko! I to nie ze względu na siebie, ale ze względy na nich! Każe im spoglądać na węża, który był przecież sprawcą ich cierpienia! Najpierw jest to rodzaj kary! Przecież każdy z nas, gdy coś jest powodem naszej udręki to raczej uciekamy od sprawcy swych mąk, a nie klękamy przed nim! A tymczasem Bóg nakazał im patrzeć z tęsknotą na węża, który ich kąsał i od którego najchętniej by się chciało uciec i o nim  zapomnieć! A więc każdy z nich – ukąszony przez węża – musiał przełamać swój opór, musiał pokonać tę wewnętrzną awersję do sprawcy swych mąk i spojrzeć z ufnością na tego węża. Ile taki wysiłek kosztuje wie ten, kto np. cierpi na jakąś fobię: np. strach przed pająkami… Albo ktoś kto musi prosić o coś osobę, którą nienawidzi…

Moi drodzy i tu właśnie zbliżamy się do zbawczej tajemnicy krzyża. Krzyż to nie jest ozdoba na ścianie czy na szyi. Krzyż to jest przekleństwo, to grzech! Ale ten krzyż będzie dla nas zbawienny, jeśli przezwyciężymy w sobie nasz wewnętrzny strach przed nim! Bóg gotów jest właśnie na takie szaleństwo, na takie ryzyko, że z grzechu uczynił… lekarstwo na grzech! Z tego co zadaje śmierć uczynił to, co życie przywraca! Z tego czego się boimy uczynił to, co nas ma wyzwolić! Czy więc mamy się nie bać grzechu! Ależ właśnie tak! Mamy się go nie bać! Oczywiście nie chodzi o to by łapać grzech za ogon i biegać za nim! Chodzi o to, że nie wolno żyć będąc nim sparaliżowanym! Ktoś powie: ale ja nie żyję sparaliżowany grzechem, ja się nie boję grzechu, nie boję się grzeszyć… Nie boisz się?! To dlaczego jesteś chciwy? Bo się boisz, że nie będziesz miał za co żyć? Dlaczego cudzołożysz? Bo jesteś głodny miłości i boisz że uschniesz bez niej! Dlaczego zazdrościsz bratu tego czy owego? Bo się boisz żeby nie być gorszym od innych, żeby inni cię nie oceniali jako nieudacznika! Strach siedzi zawsze za każdym z naszych grzechów i pożądań! Strach siedział za Adamem i Ewą w raju, którzy po grzechu pierworodnym na pytanie Boga gdzie są odpowiedzieli: „przestraszyłem się bo jestem nagi”. I od tamtej pory wszyscy się boimy… Dlatego pierwsze słowa Jezusa do uczniów to były: nie bójcie się, nie lękajcie się…

Nasze życie jest wędrówką z Egiptu niewoli w jakiej trzyma nas faraon-szatan. Jarzmem za pomocą którego nas trzyma jest strach przed grzechem i śmiercią. To one nas przerażają, paraliżują!!!  To one odbierają nam całą moc energię do pełni życia w wolności! To od nich tak bardzo chcemy uciec, jak od węża! One są naszymi wężami, których panicznie, wręcz paraliżująco się boimy. Dlatego przyszedł do nas Jezus, by nam pokazać i powiedzieć: „Nie bój się węża i jego jadu! Popatrz na mnie: on mie ukąsił, a i tak żyję! On nie jest taki straszny! Dlaczego? Bo ja mam lekarstwo na te węże! Nie przejdziesz przez pustynię swoje życia bez ran! Nie masz szans dojść do ziemi obiecanej – nieba – bez ukąszeń przez grzech. Ale ja – Jezus – zostawiłem wam lekarstwo na te rany! Zostawiłem wam surowicę, która płynie w mojej Krwi! Musiałem najpierw sam zostać ukąszony przez tego węża, dzięki temu wytworzyłem w swoim Ciele tę surowicę, która dla was jest lekarstwem! A co nią jest? A co jest tym lekarstwem, tą surowicą? Są nim SAKRAMENTY KOŚCIOŁA! To one leczą nasze rany grzechowe! One nie są nagrodą za dobre sprawowanie na ziem, ale są lekarstwami na ciężką drogę ludzkie życia! 

Znamy przykłady różnych podróżników… Wyruszają oni w odległe tereny, czasem bardzo niebezpieczne i niegościnne… Ale aby przeżyć potrzebna im jest nie tylko woda i chleb, ale i apteczka! Życie jest taką podróżą…  Dziś wielu, zwłaszcza młodych ludzi, próbuje ruszać w życie bez sakramentów… Związki partnerskie zamiast małżeństwa… Rezygnacja ze spowiedzi…  Ucieczka od  Eucharystii… Coż mogę takim powiedzieć: „odważni jesteście…”. Dziwię się ludziom, którzy wyruszają np. w drogę życia małżeńskiego bez sakramentalnego lekarstwa… Ja bym się bał iść przez życie z drugą osobą, odpowiadać za nią, a nie mieć zaplecza w postaci tej „boskiej surowicy”. Przyznam, że często podróżuję z przyjaciółmi na motocyklach (więc niebezpiecznie)  w dość daleki tereny, ale bez apteczki się nie wybieramy… A dziś młodzi idą w życie wspólne bez tego leku… Czy to odwaga, czy raczej… głupota! To samo dotyczy pozostałych sakramentów: po co mi spowiedź, po co mi Msza św. po co mi Komunia św.,  po co mi bierzmowanie…? To nie są pytania bohaterów, lecz szaleńców!

Moi kochani, nie mówię tego, by kogoś straszyć lub kogoś piętnować. Bo to by wyglądało tak, jakby chorego straszył lekarzem…  My wszyscy jesteśmy na drodze, drodze do nieba. I na tej drodze doświadczamy trudności, cierpienia, bólu, czasem może i zranień – krótko mówiąc – naszych węży – naszych krzyży. Ich zródło zawsze tkwi w grzechu. Ale na tej drodze pojawia się Mojżesz – NOWY Mojżesz – Jezus Chrystus. I on pokazuje jak mimo wszystko przetrwać tę tułaczkę i co więcej – wygrać życie, dojść do Ziemi Obiecanej – nieba. I daje na tę drogę środki. To z Jego Boku wypłynęła krew i woda i tam wzięły początek leki na wszystkie nasze dolegliwości – sakramenty Kościoła. Obyśmy tylko chcieli z nich korzystać… Amen.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *