Prawdziwy uczeń
J 13, 16-20
To jedne z najważniejszych słów – wskazówek jakie zostawił Jezus swym Apostołom, które dotyczą ich posługi. „Sługa nie jest większy od swego pana ani wysłannik od tego, który go posłał”. Apostołowie są sługami Słowa – Jezusa. A więc nie mogą być więksi niż ich Pan. Jaki z tego wniosek? Otóż losem Apostołów jest los Jezusa. Dokładnie to co spotkało Jezusa musi spotkać Jego posłańca, Jego ucznia, jeśli chce on nosić miano Apostoła Chrystusowego. Mówię: „Chrystusowego”, gdyż można być także apostołem, emisariuszem „tego świata”, czyli głosić naukę „tego świata”, posługiwać się metodami „tego świata”, uprawiać „politykę tego świata”, a nie „politykę Jezusową”. Takie działanie nie ma nic wspólnego z byciem uczniem Chrystusa. Ten świat ma swoje wartości i swoje sposoby ich realizacji. Jezus ma swoje i są one w zdecydowanej opozycji do tych „światowych”. Ludzie służący „temu światu” stawiają na pierwszym miejscu władzę, siłę, pieniądz i dominację. Ich celem jest SUKCES. Jezus przyszedł z innymi wartościami i innymi metodami. U Niego najważniejsza jest miłość, a najpotężniejszym narzędziem jest służba, a nie władza. Dlatego nigdy nie będzie „przyjaźni” między uczniami Jezusa (prawdziwymi), a sługami tego świata. „Jeżeli was świat nienawidzi, wiedzcie, że Mnie wpierw znienawidził” (J 15,18).
A po czym poznać, że mam do czynienia z uczniem Jezusa, Jego prawdziwym naśladowcą? Po czym poznać go w sobie? Otóż nie mogę zwać się uczniem Jezusa, jeśli migam się od krzyża, jeśli uciekam od trudu głoszenia Dobrej Nowiny, jeśli unikam za wszelką cenę cierpienia, niewygód, prześladowań, przeciwności, niezrozumienia, odrzucenia, a idę na łatwiznę. Tego wszystkiego doświadczył Jezus aż po śmierć na krzyżu włącznie. Uczeń który myśli, że go to minie jest naiwny, a ten kto chce się z tego wykręcić jest po prostu zaprzańcem. Gorszy od takiego jest już tylko ten kto z premedytacją „podnosi piętę” na Jezusa i Jego uczniów – czyli Judasz.
Nie mogę też zwać się uczniem Jezusa, jak moim celem jest „sukces” w rozumieniu tego świata, jak nie stawiam na ubogie środki w głoszeniu Dobrej Nowiny lecz buduję skuteczność mojego działania na sobie lub na metodach tego świata. Prawdziwy mistrz w głoszeniu Dobrej Nowiny to nie ten, który dociera do milionów i karmi umysły setek tysięcy ludzi, bo ma „duże zasięgi”, lecz ten, kto potrafi dotrzeć ze Słowem do jednego serca i sprawić, że Duch Święty to jedno serce przemieni. A to dokonuję się pokorną służbą, a nie spektakularną propagandą – nawet gdyby była ona religijna. Największa „moc ewangelizacji” leży bowiem nie w ilości i głośności wypowiadanych słów, lecz w pokornym dialogu z pojedynczym człowiekiem, który zaczyna się od służebnego pochylenia się swoim uchem nad ustami potrzebującego, i wsłuchania się w to co naprawdę szepcze serce tego człowieka… Jakie są jego najgłębsze, czasem nieświadome tęsknoty…